Recenzja Assassin’s Creed Valhalla. Ubisoft wziął się w garść

Czy wiecie, że w tym roku serii Assassin’s Creed stuknie równo 13 lat? Kawał czasu, prawda? I pomyśleć, że wszystko zaczęło się on jednego ciekawego pomysłu i… dość nudnej, mocno powtarzalnej gry. No ale to już historia. Dzisiejszy Assassin’s Creed nie przypomina zupełnie tego co widzieliśmy choćby w trylogii Ezio Auditore czy Assassin’s Creed III. Teraz mamy ogromne, pełne przygód światy, całą masę najróżniejszych, nawet mistycznych przeciwników, liczne elementy RPG i powalającą grafikę.

I choć brzmi to naprawdę nieźle, to przy tak monstrualnych rozmiarach map ciężko było nie zmęczyć graczy. Ja tak miałem z Assassin’s Creed Odyssey, gdzie po ponad 200 godzinach zabawy straciłem do niej niemal cały zapał. Gra trafiła na półkę, a nieukończone dodatki na listę do zrobienia „na później”.

Powód takiego stanu rzeczy jest jeszcze jeden, nieco mniej oczywisty. W tym całym zapomniano bowiem o tym, że powinna to być o opowieść o skrytobójcach. Tymczasem od jakiegoś czasu zamiast przekradania się po cichu do celu dostawaliśmy gry po brzegi napakowane akcją, które z serią dzieliły jedynie tytuł, ukryte ostrze i skok wiary. Mam jednak dla Was dobrą wiadomość – oto pojawiło się światełko w tunelu. Osadzone w czasach najazdów Wikingów Assassin’s Creed Valhalla ma spore szansę przywrócić serię na właściwe tory. O ile tylko upora się ze swoimi problemami.

Mroczne czasy – piękne czasy

Spiski, potajemne knowania, walka o władze i brutalne rozprawianie się z przeciwnikami politycznymi – brzmi trochę jak opis naszych czasów, prawda? No ale gdyby tak spojrzeć do tyłu na historię świata to właśnie o takich epizodach czyta się najlepiej i to one z miejsca wywołują wypieki na naszych twarzach. Dlatego właśnie osobiście uważam, że powrót serii Assassin’s Creed do ciemnych wieków średnich był pierwszym dobrym posunięciem twórców nowej odsłony. Drugim – wybór wikingów na głównych bohaterów tejże opowieści.

Oczywiście, nie bez znaczenia jest fakt, że sami prosiliśmy o takie właśnie umiejscowienie czasowe. Ubisoft poszedł jednak o krok dalej umiejętnie wplatając historię naszego herosa w prawdziwe wydarzenia mające miejsce u schyłku IX wieku, tak w Norwegii, gdzie zaczyna się nasza przygoda, jak i w Anglii. Co więcej, udało się im się pokazać wikingów z nieco innej, tej mniej znanej powszechnie strony.


Nie chce za bardzo nikomu psuć zabawy stąd też, jak zwykle przy recenzjach serii Assassin’s Creed, ograniczę się do zarysu fabuły i opisu prowadzonej przez nas postaci. Jak zapewne wiecie znów mamy możliwość wyboru płci naszego bohatera. Tym razem jednak nie jesteśmy do niego uwiązani i w każdej chwili nasz Eivor-mężczyzna może stać się Eivorem-kobietą (i odwrotnie). Jak to uzasadniono? Bardzo ciekawie – wystarczyła niewielka anomalia Animusa i problem z jednoznacznym ustaleniem „czy Kopernik nie była czasami kobietą”.

Nieważne jednak na co się zdecydujemy, nie ma to wielkiego wpływu na fabułę gry. Ważniejsze jest, że zaczyna się ona z przytupem, od biesiady przerwanej krwawym najazdem na naszą osadę, ucieczki i ataku wilka na naszego młodocianego herosa, który za jego sprawą (i blizny na szyi) zyskuje przydomek Wilcza Paszcza. Brzmi nieźle, prawda? A dalej jest tylko lepiej. I co najlepsze – znacznie mroczniej, brutalniej i bardziej krwawo.

Pamiętacie drzewo wisielców w naszym rodzimym Wiedźminie 3? To w Anglii, do której w końcu trafiamy (po dość długim epizodzie w Norwegii), takie widoki są na porządku dziennym. A już szczególnie tam, gdzie dochodzi do walk pomiędzy Anglosasami, a Normanami. No ale trudno się temu dziwić, skoro sami przykładamy do tego swoją cegiełkę paląc, mordując i grabiąc.

Oczywiście, w tle znów pojawia się motyw walki Zakonu Starożytnych z Ukrytymi, choć tym razem ani nasz bohater nie jest szczególnie wyrywny by dołączyć do przyszłych Assassynów ani członkowie bractwa nie za bardzo widzą w nim swojego nowego członka. Przynajmniej na początku łączą ich jedynie wspólne interesy i chęć odbicia/podbicia królestw Anglii. Cóż, życie tworzy dziwne sojusze.

A skoro już o sojuszach mowa – wiecie co totalnie podbiło moje serce? Sposób w jaki zrealizowane zostały misje z głównego wątku fabularnego, które są niczym małe, osobne i arcyciekawe opowieści tworzące jedną spójną historię. By móc przetrwać na obcym terenie nasz klan potrzebuje bowiem wsparcia innych Wikingów zajmujących pozostałe regiony. By zdobyć przychylność tamtejszych jarlów musimy nie tylko wykonać związane z nimi linie fabularne, ale też nierzadko podjąć właściwe decyzję. Tym razem bowiem mogą mieć one naprawdę dalekosiężne skutki.

Świat pełen niespodzianek

Świat Assassin’s Creed Valhalla jest olbrzymi, ale na szczęście nie tak powalający rozmiarami jak w poprzedniej odsłonie serii. Raz, że podzielono go na kilka odrębnych części (Anglia, Norwegia, Asgard), między którymi możemy się poruszać. A dwa – że wypchano zawartością w taki sposób, by z każdą chwilą jeszcze mocniej wciagnąć nas w opowiadaną historię.

Co ciekawe, po kilkudziesięciu godzinach gry miałem wrażenie jakby twórcy Assassin’s Creed Valhalla położyli wszystkie dotychczasowe odsłony tejże serii na stół po czym, podczas burzy mózgów, wyciągnęli z nich najróżniejsze pomysły i próbując je ze sobą skleić sięgnęli jeszcze po rozwiązania z ostatnich części Far Cry’a.

I tak spoiwem całej rozgrywki jest rozbudowa naszej osady, która jednak nie tylko daje nam przeróżne bonusy pozwalając np. rozwijać broń czy uczyć konie nowych sztuczek (teraz mogą też pływać), ale także otwiera dostęp do całkowicie nowych zadań czy wręcz linii fabularnych. By jednak móc je poznać musimy wcześniej złupić odpowiednią ilość zasobów, a te da się pozyskać albo podczas zwyczajowej eksploracji świata albo oddając się rozrywkom Wikingów – najazdom i oblężeniom.


Co ciekawe, najazdy możemy przeprowadzać otwarcie podpływając łódką do klasztorów bądź wrogich obozów i krwawo rozprawiając się z obrońcami złupić znajdujące się tam skarby. Możemy też jednak zakraść się tam po cichu i dopiero będąc wewnątrz osady czy klasztoru wezwać posiłki dmąc w róg. Tak czy inaczej, pomoc jest nam potrzebna, bo bez niej nie damy rady ani wyważyć masywnych drzwi ani też otworzyć wielkich skrzyń ze skarbami.

Nie myślcie jednak, że na tym przygotowane dla nas nowe, nieznane dotąd atrakcje się kończą. Oj, co to to nie. Assassin’s Creed Valhalla ma w zanadrzu taką ich ilość, że nawet po kilkunastu godzinach gry możecie napotkać coś co was mile zaskoczy. I nie mam tu na myśli powrotu średnio wspominanego przeze mnie łapania uciekających kartek (tym razem z tatuażami).

To co twórcom naprawdę dobrze wyszło to cała masa najróżniejszych przygód – od ciekawych zagadek środowiskowych i anomalii Animusa (tak, te też wracają), poprzez wyjątkowo pomysłowo zrealizowane tajemnice i naprawdę trudne walki z mini bossami, aż wydarzenia w świecie gry. Pod tymi ostatnimi kryją się zazwyczaj krótkie misje, w które musimy sami dość co trzeba zrobić, a które dodają grze charakteru nawet jeśli operują dość rubasznym humorem pokroju zbierania jaj węży dla kobiety, która puszczając po nich bąki zatruwa połowę osady.


A wspominałem już, że w Assassin’s Creed Valhalla da się łowić ryby i polować na legendarne zwierzęta? Nie? No to teraz wspominam. Zresztą, takich dodatkowych aktywności jest dużo więcej, bo podczas eksploracji świata niejednokrotnie natkniemy się na miejsca przeklęte, w których trzeba szybko namierzyć i zniszczyć przedmiot generujący klątwę, a także mistyczne kręgi czy kopce. Ba, są tu nawet nowe mini gry takie jak choćby wyścigi w piciu alkoholu, gra w kości czy dogryzanie sobie w rymowankach. Słowem – dla każdego coś miłego.

Assassin’s Creed Valhalla wraca do korzeni… tak trochę

No dobrze, ale po tym opisie możecie sądzić, że tak naprawdę w Assassin’s Creed mamy więcej tego samego. Po części tak jest, bo jakby nie patrzeć Assassin’s Creed Valhalla składa się z wielu różnych elementów zaczerpniętych z poprzednich odsłon. Stamtąd wzięto jednak i to czego wyraźnie zabrakło w ostatnich częściach.

Pamiętacie jeszcze wtapianie się w grupę przechadzających się mnichów? Albo siadanie na ławce i udawanie „lokalsa”? To wszystko wróciło. Ba, jest nawet nowość w postaci „przyklejenia się” do szwendających się tu i ówdzie pijaków, by z ich pomocą odciągnąć uwagę od naszej postaci. Oczywiście, nie oznacza to automatycznie przymusu korzystania z tych rozwiązań.

Asssassin’s Creed Valhalla wciąż daje bowiem możliwość siłowego rozwiązania niemal każdej sytuacji. Szczególnie, że nowe, znacznie bardziej rozbudowane drzewko doświadczenia daje naprawdę dużą dowolność w doborze pasującej nam drogi – czy to skrytobójcy czy brutalnego wojownika, a krwawe finiszery dorzucają do tego jeszcze sporo satysfakcji. Warto jednak wiedzieć, że niektóre sytuacje bardziej opłaca się rozwiązywać po cichu bądź polubownie, bo mogą nieść za sobą poważne konsekwencje.

Pamiętacie jeszcze moje pierwsze wrażenia z Assassin’s Creed Valhalla? Otóż wyraziłem tam obawę, że ogromny świat zwiastuje masę zbieractwa. O dziwo jednak, w finalnej wersji gry tego prawie nie ma. „Prawie”, bo nadal napychamy kieszenie masą śmieci, których zresztą możemy nawet nie widzieć na oczy, bo przy najbliższej okazji sprzedamy to u kupca.

Czego więc nie ma? Całego „żelastwa”, które w Assassin’s Creed Odyssey powodowało, że nie potrafiliśmy wybrać sobie jednego oręża i zamiast tego goniliśmy wciąż za nowym, dużo lepszym. Tym razem zestaw broni jest mocno ograniczony, a do jego „rozwoju” potrzebujemy albo materiałów albo kowala, który niejako podnosi możliwości broni i pancerzy umożliwiając dalsze ich udoskonalanie.

Blaski i cienie Assassin’s Creed Valhalla

Chyba każdy, kto widział już grę na żywo przyzna, że oprawa wizualna Assassin’s Creed Valhalla potrafi wywołać opad szczęki. Szczególnie na pecetach i konsolach nowej generacji. Ja bawiłem się na Xbox Series X i przyznam szczerze, że nie potrafiłbym już chyba przesiąść się z powrotem na Xbox One X. Niektóre scenerie są tak niesamowite, że aż same proszą się, by skorzystać z wbudowanego trybu foto i pstryknąć niezapomniane zdjęcie.

Błyszczy też rewelacyjna ścieżka dźwiękowa, która nierzadko wywołuje wręcz ciarki na plecach niesamowicie podbijając klimat. A ten wylewa się z ekranu z każdą opowiadaną historią i kolejną misją, w których wreszcie nie uświadczymy głupot pokroju „przynieś, zanieś, pozamiataj”. Co tu dużo pisać – w Assassin’s Creed Valhalla naprawdę idzie się zakochać. A przynajmniej do pierwszego potężnego buga, który z miejsca odbierze nam całą przyjemność.

Niestety, to byłoby za piękne, gdyby wszystko w nowym Assassynie wypaliło. Ja rozumiem pomniejsze błędy, bo przecież przy takiej skali projektu nie da się przed nimi ustrzec. Ale żeby znów wróciły te same babole co w Assassin’s Creed Odyssey to już trochę przesada. Próbujemy zejść z łódki na pomost – nasza postać zamiera w powietrzu nerwowo przebierając nogami. Uderzamy wilka, który właśnie upolował zdobycz i po 2 ciosach, i braku reakcji naszego celu, gra odrzuca nas na kilkanaście metrów dalej komunikując, że właśnie zaliczyliśmy zgona. Albo zelot (tak, oni też wrócili) stale czepiający się bohatera niezależnego, bez którego nie da się ukończyć misji, a do którego nie możemy podejść, bo nie jesteśmy jeszcze w stanie pokonać tak ciężkiego przeciwnika.

Takie babole pewnie jeszcze bym jakoś przebolał. Gorzej, że Assassin Creed Valhalla ma spore kłopoty z ogarnięciem naszej drużyny. Pamiętacie, jak wspominałem, że musi nam ona pomagać podczas najazdów? No to czasami średnio jej to wychodzi. Bywa i tak, że nasi kompani mają w nosie prośby o pomoc przy otwarciu drzwi bądź skrzyni ze skarbami. Można czekać na to w nieskończoność, bo akurat jeden z nich stanął w drzwiach albo lepiej cała zgraja zgrupowała się na ciałem powalonego przeciwnika i nie zamierza się stamtąd nigdzie ruszać. Jedyny sposób by to załatwić to udać się do innej lokacji, po czym wrócić i rozpocząć najazd na nowo.

Zresztą problemy z detekcją kolizji pojawiają się także podczas misji. W jednej z nich ochraniana przeze mnie postać zaklinowała się w wodzie między powalonym drzewem, a lądem. Skutek? Konieczność załadowania stanu gry. Dobrze chociaż, że Assassin’s Creed Valhalla dość często korzysta z automatycznego zapisu, ale i tak kilka razy zdarzyło mi się z narastającej irytacji rzucić w kąt gamepada i skończyć zabawę. Między innymi dlatego pod niniejszą recenzją znajdziecie nieco niższą niż wczesniej przewidywaną ocenę. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że te błędy dość szybko mogą zostać wyeliminowane w kolejnych aktualizacjach, ale tę chwilę po prostu nie mogę przymknąć na to oka.

Assassin’s Creed Valhalla – czy warto kupić?

Myślę, że warto, szczególnie jeśli właśnie kupiłeś Xbox Series X albo PlayStation 5. Assassin’s Creed Valhalla pokaże Ci moc twojego nowego sprzętu, oczaruje, spowoduje opad szczęki i dostarczy multum świetnej zabawy. Zapewne też w niejednym momencie nieźle cię zaskoczy, bo Ubisoft wreszcie zauważył, że czasy olbrzymich gier wypchanych watą już się skończyły.

Weźcie tylko poprawkę na ewentualne błędy i lepiej zaopatrzcie się w melisę. Bo choć Assassin’s Creed Valhalla to naprawdę dobra gra i niezapomniana przygoda, to lepiej zadbać o spokój własny i bezpieczeństwo domowników. No chyba że lubicie latające w powietrzu gamepady.

Ocena Assassin’s Creed Valhalla

  • ogromny, niesamowicie różnorodny świat, który potrafi zachwycić
  • historia ukazująca Wikingów z nieco innej strony
  • mocno wciągająca rozgrywka
  • powrót znany i bardzo lubianych mechanik, z wtapianiem sie w tłum na czele
  • pływanie po rzekach, najazdy, oblężenia, rozbudowa własnej osady i ogrom innych aktywności
  • misje poboczne i zagadki środowiskowe, które potrafią zaskoczyć pomysłowością
  • zmienione i mocno rozbudowane drzewko doświadczenia dla lepszego dostosowania do własnego stylu gry
  • zmieniony system walki i brutalne wykończenia przeciwników
  • stanowiące spory wyzwanie bossowie
  • decyzje, które faktycznie potrafią wpływać na dalszy przebieg rozgrywki
  • mroczny, brutalny klimat, ale i z dużą dawką rubasznego humoru
  • niezła, a miejscami wręcz zapopierająca dech w piersiach oprawa audiowizualna
  • mocno irytujące bugi, które potrafią zepsuć całą zabawę
  • sporo naleciałości z poprzednich części serii nie każdemu przypadną do gustu
  • latający towarzysz stał się nieco mniej użyteczny
  • mini gry, które szybko mogą się znudzić bądź niepotrzebnie frustrować

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*